26 października 2013

Gdy niebo spada...


...a Ty czujesz się inaczej.

Co wtedy się dzieje?
Pamiętasz zapach tego poranka? Co jadłaś na śniadanie- czy jadłaś w ogóle.
Jakie słowo wpisałaś do wyszukiwarki, co się działo, gdy niebo spadało. 
Gdy wszystko stało się potwornie jasne i jednocześnie niepojęte. Automatyczna reakcja obronna i natychmiastowa refleksja- to przecież mogło mnie zabić. Codziennie o tym myślę i ciągle dochodzę do wniosku, że jeszcze zabić może. Ostatnio zdarza mi się fantazjować o utonięciu w Morzu Północnym . Może nawet wiersz o tym napiszę.
Co tak na prawdę chciałam zrobić i co zrobiłam, czy robię raczej- domagając się odpowiedzi. Co zyskałam, co straciłam. Ciągle zgubiona w gąszczu znaków, zaledwie cztery miesiące po kataklizmie. Ciągle nowe urojenia


To dzieje się znowu, to jeszcze nie koniec, to musiało coś znaczyć- już wtedy wiedziałam- i muszę wierzyć, ze mam rację. Tak. jakie to proste- i znów po chrześcijańsku- muszę wierzyć, by odzyskać Nadzieję.
Bo kocham cały czas. Przynajmniej tak mi się zdaje. Przynajmniej bym chciała- świadomość że dokonało się emocjonalnej wtopy nie nastraja budująco. Już nawet nie wspomnę o przyznaniu się do błędu- że ja się pomyliłam? Dałam nabrać? Taka mądra, piękna, przenikliwa...

Morał z tego taki- gdy niebo spada, to dostajesz nim w łeb a rzeczywistość zaczyna fikać koziołki. Zaraz zaraz, przecież ja w styczniu o tym wiedziałam, w trzecim poście o tym pisałam...
Ale wiecie co? To zrobiło się już nudne. Dwa lata maglowania jednego tematu. Bezustannie, niemal już bezrefleksyjnie- uczepienie się jednego aspektu rzeczywistości.
To musi się skończyć i to się już kończy- na pewno. Bo Niebo spadło, bo wcale nie było niebem- to tylko szklany sufit, w który waliłam głową narażając się na wstrząsy. Teraz jestem już wolna i podobno umiem latać. Bez amfetaminy, idiotko. Bez amfetaminy.





Brak komentarzy: