Nie mam renty i nie chcę jej mieć, samą miłością żyć się nie da, a zarobić na narkotyki, alkohol i czasem na coś do jedzenia trzeba. Pracuje więc dzielnie, jestem królową parkingu, czyli akwizytorem.
Brzmi dumnie, prawda? Zawodowo nagabuje obcych ludzi przed centrami handlowymi, kłamię im prosto w oczy, czasem prowadzę podjazdowe wojny z nadgorliwą ochroną. Dziennie przemierzam pieszo dziesiątki kilometrów, dzięki czemu cieszę się zabójczą kondycją i nienaganną sylwetką. Od czasu odstawienia amfetaminy wypijam hektolitry kawy i zagryzam chińszczyzną (a co tam, niech naród wie, że akwizytora stać na żarcie w knajpach!)
I sprzedaję. Wciskam, wyciągam kasę, uciekam przed gniewnymi żonami co dopiero wydymanych na hajs panów , obcinam wzrokiem tablice rejestracyjne i czasem odwalam z kumpela z pracy taka popelinę, że narody klękają. Jest wesoło, jak łykają (w zawodowym slangu- kupują). Jak nie biorą robi się trochę nieprzyjemnie, ale trzeba to przełknąć i nagabywać dalej. W końcu zawsze jakąś kasę od ludzi się wyciągnie. Jak jest bardzo źle można strzelić sobie setę, albo kreskę, czego ostatnio jak ognia unikam.
Pamiętam jednak czasy, kiedy to człowiek wyniku nie zrobił, ale przynajmniej pocieszał się, że połaził sobie naćpany po parkingu.
Było, minęło...
Zastanawiam się nad jednym- czy Akwizytor to zawód, czy diagnoza. Wielu ich poznałam, żaden nie mieścił się w tak zwanej normie, z wiekszością jednak łączyła mnie nic porozumienia, słabość do substancji psychoaktywnych i specyficzne poczucie humoru. szybko poznawaliśmy swoje historie, żeby dojść do jednego wniosku- to praca dla najwiekszych twardzieli, bo dziewczę z dobrego domu po prostu tego nie ogarnie i nie będzie miało dostatecznie dużo tupetu, żeby robić to, co my robimy. Po pierwszych odmowach, burknięciach, czy machnięciach dłoni zadzwoni do tatusia i poprosi o przelew... Nie to co my, parkingowi wojownicy, co uśmiechną się jedynie szyderczo i ruszą dalej w poszukiwaniu kolejnej ofiary.
Nie krępuje mnie nic, poza własnym lenistwem. Sypiam do której chcę, uprawianie sportu też mam odhaczone. Mogę podróżować, zwiedzać, poznawać ludzi, buszować po sklepach z ciuchami, zerkać co chwile w internet. Nie grozi mi większość chorób tak popularnych przy siedzącym trybie życia. Do tego dochodzi niemal rodzinna atmosfera panująca na niektórych parkingach. Jestem ja, Kumpela, Nożownik, czasem ktoś z wycieraczkami biega, pojawi się zaprzyjaźniony ochroniarz, spalimy fajkę, pogadamy? ("U tego pana CGD byłaś? Aaaa... Tydzień temu łyknął?"
I sprzedam wszystko, nawet Diabłu święconą wodę. Perfumy dorzucę gratis:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz