Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam dziś po powrocie do domu było skręcenie blanta. Potem konsumpcja, odpalenie muzyki, konsumpcja, pranie nawet wstawiłam i pomyłam gary. Cały czas zastanawiałam się, co tutaj wydrukować- bo pomysłów mam sporo.
I gdy byłam do już gotowa, kiedy to dokonywałam ostatnich poprawek na playliście, gdy logowałam się już do bloggera uświadomiłam sobie, że czegoś mi do pełni tej chwili brakuje. Pusta przestrzeń po prawej stronie stanowiska; nie miałam browara.
Zbiegłam więc wesoło po schodach, dotarłam do lodówki- w międzyczasie potłukłam kieliszek, który kupiłam z myślą o porto-i wyciągając odpowiednio schłodzone piwo dokonałam jej przeglądu. Zaopatrzenie w żywność do końca tygodnia (jest środa). Ha! Może nawet dłużej, bo w weekend pewnie się nawciągam. (Amfetaminy, jakby ktoś nie skumał)
I wtedy mnie oświeciło. Napiszę dzisiaj o moich problemach z narkotykami i alkoholem. Tylko najpierw ukręcę i zapalę drugiego blanta.
Substancje psychoaktywne wszelkiego rodzaju ubarwiają mi życie od ponad dekady. Zaczęło się niewinnie, od ukradkowego piwka z koleżankami. Jako piętnastolatka wiedziałam już jak smakuje stan upojenia i zapaliłam pierwszy raz. Spodobało mi się. Młody border w pierwszej depresji.
Potem wcale nie było lepiej, tym bardziej,że zaczęłam na siebie zarabiać, Wiedziałam, gdzie ulokować pieniądze. Zrobiłam sobie wycieczkę po stanach świadomości. Do pewnych ciągle wracam, ale chciałabym też odwiedzić nowe. czy powinno mnie to niepokoić?
Wielu twierdzi, ze narkomania to więzienie. I poniekąd to prawda- bo płacisz wolnością za możliwość spojrzenia z wielu perspektyw- które być może są złudne- ale jakie ciekawe! Tak to sobie tłumaczę:) Wędruję sobie po nich za cenę wiecznego zagubienia. Chwilowo nie wiem dokąd idę.
Może powinnam w końcu zarzucić kwas? (Ty Narkomanko)
Wędruję, szukam. Tak, jasne. Spierdalam przed rzeczywistością, odpowiedzialnością. Przecież nie mam żadnych zobowiązań. Niebieskim ptakiem trochę jestem. Ciągle w podróży. Aktualnie płacę za nią w euro.
Ale pieniądze to nie wszystko:) jako narkomanka w najbliższe relację wchodzę z ludźmi, którzy też lubią sobie przyćpać- Oh, jak wspólne ćpanie zbliża! Czyli z sami pojebami. A potem zastanawiam się, dlaczego moje życie uczuciowe często przypomina pobojowisko. BTW, po sobie też czasem zostawiałam tylko popiół i zgliszcza. Nie jestem święta.
Moje relacje... Nie, one nie były zdrowe. Ale jakie piękne- słyszę głos. I zastanawiam się, o czym ten głos pierdoli, bo chyba nie o... Nie. O kimś innym. I już wiem, o co chodzi.
W każdym bądź razie z moich relacji damsko- męskich niewiele wyszło dobrego, nie licząc jakiś tam chwil oświecenia- ale to też się leczy.
Chorobliwe jest też szukanie w narkotykach lekarstwa na Depresję (regulowanie nastroju, powszechne u ChADowców, zdiagnozowanych lub nie). Pamiętam doskonale mój początek poważnej przygody w amfetaminą. Szybko połapałam się o co chodzi. I przez półtorej roku, niemal codziennie mi to nie przeszkadzało. Czy pomogło? Nie wiem. Ciągle jeszcze żyję, to sporo, jeśli nie wszystko. Zastanawiam się tylko, czy gdyby nie ten epizod z biała damą, czy kiedykolwiek wylądowałabym u psychiatry i usłyszała magiczne słowa:
Choroba Afektywna Dwubiegunowa. Wierzcie mi, potem nic już nie jest tak jak dawniej. Cały mój dramat zamknięto w trzech słowach.
Co jeszcze zabrały mi narkotyki?
Czy zabrały mi tak naprawdę cokolwiek? Przecież wypełniają spory kawałek dziury w mojej duszy. Nie ich wina, że nie załatają całej. Aż się boję, co by było bez nich.
Dramatyczne wyznanie, prawda? Ja się tym nie przejmuję, ja koksu chcę przywalić. I wszystkiego innego, wszystkiego co mi w ręce wpadnie. Na Miłość już się nie załapię, Miłość spierdoliłam. Przez to wszystko kim jestem i to kim zawsze byłam.

4 komentarze:
Myślę, że każdy korzysta z życia na swój sposób. Coś, co wydaje się jednym destrukcyjne, dla drugich jest życiem, chociażby życiem będącym śmiercią. Kto to wie - co oznacza życie, a co śmierć i czy w gruncie rzeczy ta ostatnia nie jest prawdziwsza.
Czy ja korzystam z życia? Zrobiłam sobie wycieczkę po stanach świadomości, pobudziłam wszystkie demony nieustannie penetrując swoją psychikę, niemal doznałam wniebowstąpienia i przy okazji dostrzegłam w szaleństwie regułę.
I co? Nadal mam ChAD, bordera, chleję, ćpam i generalnie rzecz biorąc mam doła. Ale jestem spokojna, niemal obojętna. Może umieram za życia, ale już się nie tym nie przejmuję, więc boli dużo mniej.
Można też korzystać z życia korzystając z doznań metafizycznych, hmm. Czasem trudno zrozumieć kto w tym świecie jest normalny i "korzysta", a kto nie.
Trzymaj się! ;)
Doznania metafizyczne często kwalifikują się do leczenia:)
Trzymam się, jeszcze się nie pocięłam, wstaję z łóżka bez większych problemów. Czasami nawet nie kładę się wcale.
Prześlij komentarz