11 marca 2013

Depresja

To było do przewidzenia. Jak dwa razy dwa i amen w pacierzu. Panie i panowie, wczoraj swe macki wyciągnęła po mnie Depresja.
Smutna to pani, choć majestatyczna. Obejmuje człowieka z bladym uśmiechem i szepce "wszystko wróciło do normy, jestem, wszystko Ci się wydawało. Jestem twoim stanem naturalnym, nie bój się, ja ciebie nigdy nie zostawię"
Na te słowa łatwo się złamać, smutek ma sobie coś kuszącego, jest bezpieczną, mimo wszystko, przystanią.
Nic od Ciebie nie wymaga, poza cierpieniem.
Można się w niej schować przed samym sobą, pobawić się w męczennika. Szczęście wymaga odrobiny wysiłku, pilnowania swoich myśli.  Depresja nie wymaga samokontroli, nakręca się sama.
Depresja to rozwydrzone, niepokorne myśli. Podobno ich zmiana jest niemożliwa, jedyne, co można zrobić to od nich się odciąć. Jeszcze niedawno myślałam, że od samego siebie uciec się nie da, ostatnio jednak przyszło przedefiniowanie pojęcia "Ja".
Bo czy jestem tym samym, co moje myśli? A nawet jeśli tak jest, to nie lepiej po prostu nad myślami przejąć kontrolę?
Przestać nienawidzić siebie i karać się Depresją.

Boże, pamiętam co się ze mną działo rok temu, pamiętam zeszłoroczny sierpień i pełną pokory siedmiotygodniową wizytę w psychiatryku. Wszystkie barwy mojego upadku. Morze wylanych łez i pocięte ręce. To nie była dobra zabawa.
To była moja wina.

Czy w świetle tego, co się ze mną działo przez ostatnie miesiące mam prawo się jej poddać? Czy mogę sobie pozwolić na olanie wyciągniętych wniosków i pokorny powrót do dwubiegunowego piekiełka?
Przyznać, że moje loty nie były wcale metafizyczne jedynie maniakalne, że Miłość nie istnieje, jest jedynie złudzeniem głodnego jej umysłu? Pozwolić, by światło zgasło i wpaść w ciemny dół.
Nie, nie tym razem. Zwątpienie jest pierwszym krokiem do beznadziei.

A kto ma stać na straży mej wiary jeśli nie ja?
Wczoraj swe macki wyciągnęła po mnie Depresja. Kazałam jej spierdalać. Nie dyskutowała długo.


Brak komentarzy: