18 marca 2013

Po raz kolejny magluję ten temat.

Jakoś nie potrafię opuścić psychiatrycznego podwórka.  Dawno już stwierdziłam, że gdy psychiatria raz położy łapę na człowieku, to nie puści. Dziedzina tak chwiejnej wiedzy nazwała się nauka i bez zrozumienia nawet czym jest świadomość wzięła się za uzdrawianie. Efekty widziałam w psychiatryku i kilku innych, bardziej wirtualnych miejscach. O dziwo sama na chwile tę propagandę łyknęłam, tylko po to, żeby się zakrztusić. Złapanie oddechu po tej całej akcji było trudne, ale i przyjemne.

Pytanie, co ja na tym podwórku jeszcze robię?
Przede wszystkim widzę, jakie są źródła ruchu sieciowego na moim blogu. Są to dwa popularne fora dla świrów. Na jednym nadal się udzielam, siejąc moja propagandę- o dziwo spotykam się z dialogiem, moje tezy, refleksje są choćby brane pod uwagę, nikt mnie nie banuje za słowo "dupa". Panuje tam szeroko pojęta demokracja, w której każdy, wystarczająco merytoryczny głos jest słuchany.

Drugie forum... Cóż, nigdzie tak się nie uzewnętrzniłam. Moje serduszko nadam tam bije- myślami bywam przy pewnych osobach, zostawiłam tam trochę więcej niż dwa i pół tysiąca postów. Niestety, nie potrafię zawęzić się do jednej perspektywy- dalsze głoszenie moich poglądów na istotę człowieka i choroby psychicznej skończyłoby się banem, nawet gdybym prawiła prawdy objawione. Co więcej, perspektywa tam lansowana jest tak pełna niedociągnięć, że zdrowy rozsądek (powiedziała wariatka) protestuje, a użytkownicy nie tryskają zdrowiem- a przecież jako wyznawcy jedynie słusznej psychiatrii- powinni.
Żeby nie było, ze jestem w swoich poglądach odosobniona, odsyłam do wypowiedzi mądrzejszych ode mnie:
http://nowadebata.pl/2012/08/06/narasta-spoleczny-bunt-przeciw-biopsychiatrii-wywiad-z-robertem-whitakerem/

Perspektywa, moi drodzy, perspektywa.
Żeby zrozumieć o co mi chodzi, trzeba wejść w naukę trochę głębiej niż usiłuje zrobić to psychiatria, otrzeć się o jej podstawowe założenia. Tak się składa, że psychiatria, mimo że do nauki jej daleko, opiera swoje założenia na tezie, że człowieczeństwo, mimo całej narośli kulturalno -cywilizacyjnej jest zjawiskiem typowo biochemicznym. Pierdolnął piorun, zrobiła się ewolucja, małpa zlazła z drzewa i przypadkiem, na skutek reakcji chemicznych stała się świadomość. Wszechświat też stał się przypadkiem. Wyższa duchowość jest bez wątpienia jedynie zaburzeniem biochemicznym. Miłość, kurwa, też!
Nasza egzystencja jest więc z założenia bezcelowa. Przygnębiające.

Zawsze jednak można spojrzeć z drugiej strony, olać Dawkinsa (który z uporem małego dziecka jeździ po duchowości zachodniej, wschodniej tknąć się chyba boi- a przecież powinien, jako sztandarowy ateista naszej epoki, dla samej konsekwencji głoszonych poglądów). Nikt nie mówi, że będzie to łatwe, wymaga to odrzucenia wielu wpojonych nam schematów, kliszy myślowych i przekonań, które wydają , podkreślam- wydają się- logiczne. Siłą rzeczy, na pewnym etapie trzeba będzie przyjąć założenie, że zarówno świadomość jak i wszechświat są zjawiskiem celowym (swoją drogą, powoli i nauka przychyla się do tej teorii, ale do niektórych fizyków zmiana paradygmatu nie dociera) i zabrać się ostro za szukanie ich sensu.
A czy nie o ty, drogie świry chodzi? O fundamentalną wiarę, że życie ma sens? Czy o niewiarę właśnie się nie rozbijamy? Pustkę, co zamienia się w wyjąca depresję, która każe nam się głodzić, rzygać i ciąć?

No chyba, że wolicie łyknąć garść prochów i  otwierać się przed jakąś siksą, która całą swoją wiedzę o człowieku opiera na dorobku nauki, która liczy sobie około stu lat z kawałkiem.




Brak komentarzy: