Jakoś nie potrafię opuścić psychiatrycznego podwórka. Dawno już stwierdziłam, że gdy psychiatria raz położy łapę na człowieku, to nie puści. Dziedzina tak chwiejnej wiedzy nazwała się nauka i bez zrozumienia nawet czym jest świadomość wzięła się za uzdrawianie. Efekty widziałam w psychiatryku i kilku innych, bardziej wirtualnych miejscach. O dziwo sama na chwile tę propagandę łyknęłam, tylko po to, żeby się zakrztusić. Złapanie oddechu po tej całej akcji było trudne, ale i przyjemne.
Pytanie, co ja na tym podwórku jeszcze robię?
Przede wszystkim widzę, jakie są źródła ruchu sieciowego na moim blogu. Są to dwa popularne fora dla świrów. Na jednym nadal się udzielam, siejąc moja propagandę- o dziwo spotykam się z dialogiem, moje tezy, refleksje są choćby brane pod uwagę, nikt mnie nie banuje za słowo "dupa". Panuje tam szeroko pojęta demokracja, w której każdy, wystarczająco merytoryczny głos jest słuchany.
Drugie forum... Cóż, nigdzie tak się nie uzewnętrzniłam. Moje serduszko nadam tam bije- myślami bywam przy pewnych osobach, zostawiłam tam trochę więcej niż dwa i pół tysiąca postów. Niestety, nie potrafię zawęzić się do jednej perspektywy- dalsze głoszenie moich poglądów na istotę człowieka i choroby psychicznej skończyłoby się banem, nawet gdybym prawiła prawdy objawione. Co więcej, perspektywa tam lansowana jest tak pełna niedociągnięć, że zdrowy rozsądek (powiedziała wariatka) protestuje, a użytkownicy nie tryskają zdrowiem- a przecież jako wyznawcy jedynie słusznej psychiatrii- powinni.
Żeby nie było, ze jestem w swoich poglądach odosobniona, odsyłam do wypowiedzi mądrzejszych ode mnie:
http://nowadebata.pl/2012/08/06/narasta-spoleczny-bunt-przeciw-biopsychiatrii-wywiad-z-robertem-whitakerem/
Perspektywa, moi drodzy, perspektywa.
Żeby zrozumieć o co mi chodzi, trzeba wejść w naukę trochę głębiej niż usiłuje zrobić to psychiatria, otrzeć się o jej podstawowe założenia. Tak się składa, że psychiatria, mimo że do nauki jej daleko, opiera swoje założenia na tezie, że człowieczeństwo, mimo całej narośli kulturalno -cywilizacyjnej jest zjawiskiem typowo biochemicznym. Pierdolnął piorun, zrobiła się ewolucja, małpa zlazła z drzewa i przypadkiem, na skutek reakcji chemicznych stała się świadomość. Wszechświat też stał się przypadkiem. Wyższa duchowość jest bez wątpienia jedynie zaburzeniem biochemicznym. Miłość, kurwa, też!
Nasza egzystencja jest więc z założenia bezcelowa. Przygnębiające.
Zawsze jednak można spojrzeć z drugiej strony, olać Dawkinsa (który z uporem małego dziecka jeździ po duchowości zachodniej, wschodniej tknąć się chyba boi- a przecież powinien, jako sztandarowy ateista naszej epoki, dla samej konsekwencji głoszonych poglądów). Nikt nie mówi, że będzie to łatwe, wymaga to odrzucenia wielu wpojonych nam schematów, kliszy myślowych i przekonań, które wydają , podkreślam- wydają się- logiczne. Siłą rzeczy, na pewnym etapie trzeba będzie przyjąć założenie, że zarówno świadomość jak i wszechświat są zjawiskiem celowym (swoją drogą, powoli i nauka przychyla się do tej teorii, ale do niektórych fizyków zmiana paradygmatu nie dociera) i zabrać się ostro za szukanie ich sensu.
A czy nie o ty, drogie świry chodzi? O fundamentalną wiarę, że życie ma sens? Czy o niewiarę właśnie się nie rozbijamy? Pustkę, co zamienia się w wyjąca depresję, która każe nam się głodzić, rzygać i ciąć?
No chyba, że wolicie łyknąć garść prochów i otwierać się przed jakąś siksą, która całą swoją wiedzę o człowieku opiera na dorobku nauki, która liczy sobie około stu lat z kawałkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz