11 marca 2013

Zielono mi

Stało się to, czego się obawiałam,
Wchodzę na bloga, otwieram okienko do pisania nowego posta i patrzę na biel monitora.
Zaczynam coś pisać, po czym rezygnuję po połowie strony.
Nie klei się, iskra boża mnie opuściła. To trwa już od kilku dni, mimo, że dostarczam sobie intelektualnych rozrywek, które mogłyby mnie zainspirować.

Mogłabym co prawda wysmażyć kilka postów na temat meandrów mojej psychiki, czy psychiki w ogóle, ale postanowiłam, że nie będę truć czytelnika Jazdami W Bani Mej.

Miałam prawie gotowy kolejny Manifest Feministyczny, ale doszłam do wniosku, że jest za mało odkrywczy. Chciałam się podzielić moim nagłym nawróceniem na Marksizm, ale nawrócenie bardzo szybko mi przeszło- doszłam do wniosku, że w sferze filozofii jestem jednak idealistką. Chyba.

Sytuacji polityczno- gospodarczej nie chce mi się komentować.
O Matce Madzi też mi się nie chce gadać. Ani o marnej kondycji człowieka.
Jestem co najmniej jałowa. Nieprzyjemne uczucie.

O seksie pisać nie będę, bo się popłaczę, na pisanie wierszy jestem zbyt trzeźwa.   Może o muzyce?
Też nie. Kurde, no... Tęsknię za styczniem kiedy to byłam jak fontanna, dowcip lśnił ostro a wniosek gonił wniosek. Co więcej, obiecałam sobie, że do Wielkanocy nie będę palić zielska, które zawsze bardzo mnie inspirowało.

Zielsko! O zielsku chyba jeszcze nie pisałam, co prawda wspominałam o nim nie raz, jednak nie doczekało się osobnej refleksji. Powszechnie wiadomo, że to bardzo niebezpieczny narkotyk. Zapalisz dwa razy a po pół roku grzejesz już heroinę, po tym, jak w międzyczasie uzależniasz się od wszystkiego.  Nie wspomnę o strasznej degradacji intelektualnej i moralnej, nałogowy palacz ledwo co jest w stanie sklecić zdanie a obliczenia matematyczne zamykają się w zakresie "czy starczy na kolejnego worka".
Hehehe...

Tak naprawdę nie wiem, co o Marihuanie myśleć. Palę, mniej lub bardziej intensywnie od prawie siedmiu lat, bywały okresy, że jarałam codziennie. Na chwilę zdradziłam ją z paleniem z Dopalaczy (ten syf rył banię), na chwile z Amfetaminą (fuj).
Marihuana. Dla jednych niewinna rozrywka, dla innych pierwszy krok do piekła, Ośmielę się stwierdzić, że zrobiła dla mnie wiele dobrego. Nic tak pięknie nie pobudza do myślenia, nic nie likwiduje szyby miedzy Tobą a Twoimi emocjami. Tak, zawsze po spaleniu się odczuwałam wszystko mocniej, poznawałam siłę swoich uczuć. Czasem to bolało, ale było warto. To pozwala poznać siebie, konfrontujesz się ze swoimi lękami- tak, złe wkręty na spaleniu też są wartościowe. Dla wielu to psychozy, paranoje a tak na prawdę to wypływające na wierzch lęki. Nie warto przed nimi uciekać, w końcu i tak nas dopadną, trzeba stawić im czoła- najlepiej w stanie podniesionej wrażliwości.
Czy moje problemy zostały rozwiązane? Nie wiem, przynajmniej je nazwałam, bola dużo mniej. Nie bolą prawie wcale, nawet gdy haj mija i wracam do rzeczywistości.

Nieźle tłumaczę się z uzależnienia? No nie? Powinnam biegiem udać się do najbliższego ośrodka Monaru i poddać się leczeniu. To, co robię jest złe! Jest tylko jeden słuszny stan świadomości, wszystko, co dają narkotyki to iluzja!

Zaraz, zaraz... Jeden słuszny stan świadomości. To w końcu moja świadomość, czy aż tak głęboko idą zakazy systemu, że nie mam prawa decydować w jakim stanie świadomości mam być, z jakiej perspektywy oglądać rzeczywistość? Biorąc pod uwagę faktyczną szkodliwość Marihuany już prędzej trzeba by zdelegalizować alkohol. Rzeczywiście, mózg po poł litra wódki jest dużo bardziej lotny i trzeźwy niż po kilku szkłach zielska. Dlaczego alkoholowe upojenie jest lepsze niż marihuanowe? Nie żebym nie lubiła sobie czasem chlapnąć, ale dużo bardziej lubię przypalić.

Wiem, wiem... Po dupie dostają neuroprzekaźniki, cierpi kora mózgowa, więc zakazy są dla mojego dobra- powszechnie wiadomo, że moje neuroprzekaźniki są specjalnej troski, więc lepiej, żebym nie katowała ich zbyt intensywnym myśleniem.

Srutu tutu, pęczek drutu. Oby do Wielkanocy:)


Brak komentarzy: