25 marca 2013

Krzywe zwierciadło

To nie jest tak, że doznałam cudownego ozdrowienia, że u mnie wszystko cacy i że z radością celebruje nawet rozkoszny śnieżek za oknem (koniec Marca- WTF?). Nie jest prawdą też, że szybuje cały czas na maniakalnych skrzydłach i co piętnaście minut doznaje oświecenia, to by było zbyt piękne, poza tym nie stać mnie na takie ilości narkotyków, by uczynić to możliwym.

Wczorajszy dzień na przykład minął mi niemal cały na planowaniu samobójstwa i rozgrzebywaniu rany jaką niewątpliwie jest brak chłopa i związana z tym samotność.  Rzecz jasna, to nie wszystko- dałam się ponieść depresyjnej spirali i odprawiłam prawdziwe Gorzkie Żale, potaplałam się w poczuciu niskiej wartości, niezrozumienia, co chwile powtarzając sobie w myślach jaka jestem pojebana.
Na szczęście nie mogłam zdecydować się na sposób zejścia z tego świata i po raz kolejny doszłam do wniosku, ze ludzkość jeszcze o mnie nie usłyszała wiec samobója, jak widać na załączonym obrazku, nie strzeliłam. Pocierpiałam sobie za to brawurowo, łykając łzy bezsilności i wbijając pełen bólu wzrok w widok za oknem- ten pierdolony śnieżek też nie nastraja optymistycznie.

Dziś zastanawiam się, co mnie napadło, mimo że zima nie ustąpiła, chłop się nie pojawił a ja nie stałam się w ciągu nocy ani trochę normalniejsza, ani też się nie naćpałam. Do prawdziwej konsternacji doprowadza mnie myśl, co mnie napadło ponad rok temu, kiedy to myśl o samounicestwieniu i kontemplowanie rozpaczy wszelakiej były dla mnie codziennością.

Odpowiedź wydaje się oczywista, to wszystko Depresja wraz z armia niepokornych neuroprzekaźników, albo- wersja egzogenna- życie, kurwa! Nieważne, skutki są opłakane a ja na to nie mam wpływu... Buuuu... mam depresje, nie mam chłopa, moje neuroprzekaźniki są pojebane, idę się pociąć! Albo- wersja mniej hardkorowa- nachlać się i puścić- ma to (nie)wątpliwego plusa- po wszystkim będzie jeszcze jeden powód, żeby się poumartwiać.

Nie chcę się umartwiać- i słowo "chcę" jest tutaj kluczowe.
Cokolwiek by się działo, nie wolno się z Depresja zgadzać, nie wolno jej potwierdzać, trzeba się buntować i wściekać, ale nie można przyjąć jej pojawienia się za oczywiste. Owszem, ona coś sygnalizuje- ale niech pozostanie sygnałem a nie sposobem na życie.
Sygnałem, że potrzebne są zmiany- zmiany realne, które czasem wymagają wysiłku, zmiany sposobu myślenia czy spojrzenia w siebie.

Tak, łatwo jej mówić, rozumy wszelkie pozjadała, samozwańcza mistrzyni pogromu chorób psychicznych.
Zaraz zaraz, kto ma większą szansę jej okiełznania? Ja, czy jej bezsilna ofiara?
Wiem, gdybym była w depresji śpiewałabym inaczej, wszystkie problemy urosłyby do rangi dramatu a ja nie miałabym siły nawet spojrzeć na nie z innej perspektywy i to całe oświecone gadanie mogłabym wsadzić sobie w tyłek. Cierpiałabym aż miło, szaty rozdzierała i pisała depresyjne wiersze.
Co chwile spotykam się z opinią, że na chorobę nie mamy wpływu, że jesteśmy wystawieni na igraszki chemii w mózgach naszych, że pierdolę bez sensu pisząc o kontroli.
Z drugiej strony- mój wczorajszy stan wydaje się mi dzisiaj absurdalny do potęgi, co więcej- szkodliwy. Wiem też, że to będzie się zdarzać, że jeszcze nie raz spędzę dzień pod kocem i patrząc tępo w okno, jestem na to gotowa, tym bardziej, że wiem, z czym mam do czynienia- z iluzją, z krzywym zwierciadłem odbijającym rzeczywistość, uwypuklającym jej braki.

Jeśli wiem, co jest kłamstwem czy pozwolę się dalej oszukiwać?

Pierdolony śnieżek stopnieje, chłop się pojawi, nie jestem pojebana, tylko wyjątkowa:)
Cholera, bycie świrem wymaga wysiłku i prawdziwej ekwalibrystyki. Po prostu nie ma innego wyjścia- jeśli nie chce się zwariować.

1 komentarz:

dgawalkiewicz pisze...

Ciekawy wpis, czytam z zainteresowaniem :)