Jeszcze pół roku i uda mi się przeżyć moje największe idolki. No chyba, że wcześniej spotka mnie jakieś nieszczęście i nie będzie mi dane obchodzić moich dwudziestych ósmych urodzin (kiedy to się stało???).
Moje życie przeplata się z muzyka, jest ostrym dramatem z szaleństwem w tytule, bywa kioskowym harlekinem ale zawsze ma podkład muzyczny. Wymienione wyżej Panie napisały sporo moich kwestii- ich głosy pojawiły się w moim życiu w doskonałej chwili, po to, by dokładnie opisać, to co się w nim dzieje.
Można by rzec, że ubrały w słowa moje uczucia na długo przed tym zanim połączyłam ich głosy z nazwiskami.
To one rozkazały mi śpiewać, wręcz wcisnęły mi swoje piosenki do gardła- musisz to zaśpiewać- przecież to doskonale znasz, doskonale czujesz. No oczywiście, najpierw oddaję kawałek serca, a potem wracam do żałoby... A na odwyk nie pójdę! Lepiej bym tego nie ujęła, dzięki, dziewczyny. Nie mogłam im odmówić, w końcu obie są mi tak bliskie nie tylko ze względu na treść utworów czy miłość do muzyki.
Obie chlały, ćpały i normalne nie były na pewno. Może to była cena za ich geniusz? Może dlatego ich muzyka tak mocno trafia do środka mojej duszy?
Dramat tych kobiet bije po oczach- mimo, że obie były na szczycie, równocześnie przebywały na dnie, obu, choć ubóstwianym przez miliony, towarzyszyła głównie samotność. Jak to rzekła Janis, "Na scenie kocham się z 25 tysiącami ludzi a do domu wracam sama".
Smutne historie, obie bez happy end-u. Obie o statusie legendy. Amy umierała niemal w blasku kamer, tabloidy zrobiły z jej upadku wielki show. Janis wypalała się na scenie, poza nią wpadała w depresję, znieczulając się heroiną.
Jak widać, sława i pieniądze szczęścia im nie dały.
Obie, najzwyczajniej w świecie, były niekochane- ubóstwienie przez tysiące to jednak za mało.
Obie są dla mnie nieśmiertelne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz