Doskonale wiem, czego nie robić- spróbowałam wszystkiego, zakładając, że wiedza zdobyta w sposób empiryczny jest dużo bardziej wartościowa, niż ta wyczytana w książkach czy przekazana przez życzliwego lekarza.
Tryb życia musi być regularny, rytm dobowy wyznaczony przez pory zażywania leków- jeśli masz szczęście będzie to niewinny stabilizator w rodzaju lamotryginy- nie muli, nie żresz po niej wszystkiego co popadnie i w większości przypadków przynosi fantastyczne rezultaty- czyli buja tobą jakby mniej. Co więcej, na ulotce nie wspomniano nic o interakcjach z alkoholem, więc można się połudzić, że raz na jakiś czas można... Co, rzecz jasna prawda nie jest- świr świadomy powinien być stuprocentowym abstynentem, dla którego źródłem energii są mitingi AA.
Nie ma chlania i koniec- nawet jeśli ulotka o tym nie wspomina.
W moim przypadku niewinny stabilizator jednak nie wystarczył, zapewne dlatego, że nie wzięłam sobie do serca cennych rad życzliwych lekarzy dotyczących abstynencji i udziału w psychoterapii. W rezultacie wylądowałam na siedem tygodni w psychiatryku i znacznie poszerzyłam swoja empiryczną wiedzę z zakresu psychofarmakologii.
Najprzyjemniej wspominam połączenie Ketrelu z Abillyfy (cóż, że przez pierwszy tydzień to drugie miałam podawane domięśniowo i nie mogłam zbyt długo siedzieć). Spłynął po nich na mnie pogodny spokój tak podobny do stanu wywoływanego przez Konopie Indyjskie... I to wszystko refundowane!
Niestety, nic co piękne nie może trwać wiecznie i dostałam po Abillyfy ślinotoku i szczękościsku. Dalsza terapia tym specyfikiem nie wchodziła więc w grę.
W rezultacie zostałam przy Ketrelu, neuroleptyku, który po dwóch tygodniach nie muli prawie wcale, a apetyt wzrasta po nim jedynie nieznacznie. Jest to bardzo skuteczny lek, o ile stosuje się go regularnie. Przerwy w jego zażywaniu wywoływane są zazwyczaj przez kolegów wracających z emigracji- w ulotce wyraźnie napisano, że nie wolno go łączyć z alkoholem. Trzeba się dostosować.
Jak widać, umiłowanie do mocnych trunków, tak bliskie słowiańskiej duszy, zdrowiu psychicznemu nie służy. Jeszcze gorzej jest z narkotykami- o nich co prawda żadna ulotka nie wspomina, ale za to wspominają o tym życzliwi psychiatrzy- zazwyczaj w formie pytania, które pada w ciągu pierwszych minut wizyty- "Narkotyki były?". Odpowiedź twierdząca zazwyczaj kończy opierdolem. Nie wolno i koniec.
Nawet niewinnego blancika... Może się to skończyć gwałtownym przebiegunoweniem i testowaniem kolejnego neuroleptyku. A potem będzie Depresja. Do tego też trzeba się przyzwyczaić- ona przyjdzie zawsze- prędzej, czy później.
Trzeba unikać stresujących sytuacji i nadmiernych emocji... Tak, jasne. Przecież specyfiką każdego świra jest wplątywanie się w dziwne i wybitnie natężone pod względem emocjonalnym relacje! Bez tego nie byłabym sobą! Bez tego nie miałabym powodów do Depresji, nie byłoby maniakalnych zrywów! Jak widać, bycie świrem łatwe nie jest. Najlepiej po prostu nie wychodzić z domu, może wtedy się uda. Kosztem ciężkiego uzależnienia od internetu.
Albo być kimś innym.
Względnie bezpieczne jest spędzenie całego życia w szpitalu.
Jak już zaznaczyłam na samym początku mej radosnej twórczości, ten blog nie jest zapisem heroicznej walki z chorobą, Może po prostu jeszcze do tej batalii nie dojrzałam. Wyjdzie w praniu, może w końcu mnie olśni, i stanę się przykładnym, trzeźwym jak niemowlę pacjentem i podejmę kroku w stronę upragnionej stabilizacji.
Albo w końcu znajdę sobie chłopa, strzelę sobie dziecko i nie będę miała czasu zajmować się takimi pierdołami jak moja psychika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz