16 stycznia 2013

Co poszło nie tak?

Co tak naprawdę jest nie tak? Myślicie, że o tym nie myślę, że nie usiłuje znaleźć momentu przekroczenia granicy zwanej normą? I zazwyczaj przy słowie "norma" pochylam się na dłużej. Nie chcę się tutaj bawić w banały pod tytułem "normę ustala większość", to odpowiedź oczywista, ale tylko częściowa. Problem jest dużo bardziej złożony.
Zacznijmy od subiektywnego odbioru rzeczywistości. Też głupie, prawda? Mamy sobie pięć zmysłów i poprzez nie rzeczywistości doświadczamy. Z fizycznego punktu widzenia proste to i zrozumiałe- jednak interpretacja tych danych wymaga udziału świadomości- pech chciał, że u człowieka świadomość trochę się rozrosła i zaczęła się bawić w formułowanie pojęć abstrakcyjnych. Czy z ewolucyjnego punktu widzenia jest to słuszne, to temat na inną rozprawę. Na pewno do tego wrócę.
Nie sposób oddzielić świadomości od tożsamości. Świadomość zawsze jest przypisywana do jednostki a co za tym idzie, podatna jest na osobnicze zanieczyszczenia. Jest filtrem, na podstawie którego (i w którym) budujemy naszą wizję świata. Proste, no nie?
Czasem jednak funkcje poznawcze zawodzą, nie mówię tu o oczywistych dysfunkcjach w pracy zmysłów, mówię o niewłaściwej interpretacji ich przez świadomość. Zazwyczaj proces ten ma miejsce na poziomie relacji- jak wiadomo, człowiek jest istotą społeczną i na tym, przede wszystkim, opiera się fenomen człowieczeństwa. Jak do tego dochodzi? Uważam, że u źródeł leżą deficyty emocjonalne, deficyty poczucia własnej wartości. człowiek zaczyna oglądać świat z perspektywy swoich niespełnionych pragnień- w rezultacie widzi świat wrogi, często przyjmuje pozycje obronną lub ofiary. Pętla się zamyka. Poruszamy się przecież w rzeczywistości wyłącznie przez nas postrzeganej i nieświadomie odgrywamy przypisaną do tej wizji rolę. Celowo wspomnę tu o kwestiach światopoglądowych- społeczeństwo samo zajęło się zapełnieniem tej sfery, co też doprowadziło do wielu zabawnych sytuacji, bowiem to, co jest w nich deklarowane czasem  nijak ma się do rzeczywistości. Pojawia się dysonans. Kolejny zresztą.
Mamy wiec zakrzywiony obraz świata jednostki i dysonans miedzy stanem idealnym a faktycznym. Dysonans, wynikający rzecz jasna, z deficytu. Za nim idzie dyskomfort- jedno z kluczowych pojęć, jeśli chodzi o normę w ujęciu psychologicznym. Zaraz zaraz? Czyli zawsze ma być fajnie? Nie, nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby było znośnie:) Jak na razie nie mamy odgórnego nakazu bycia szczęśliwym (czy oby na pewno?)

Nasz stan psychiczny jest odbiciem rzeczywistości w której przebywamy.  Nasza rzeczywistość jest odbiciem świata wewnętrznego. Biologiczne teorie na temat powstawania zaburzeń brzmią ciekawie, zmiany w funkcjonowaniu mózgu są oczywiste, lecz prawdziwe źródło zaburzeń leży w deficytach emocjonalnych jednostki, za które winę ponosi, rzecz jasna nieświadome niczego, społeczeństwo. Celowo nie ograniczam się do kręgu najbliższego jednostce, wiadomo bowiem, że jego rola jest kluczowa w kształtowaniu się tożsamości. Jednak to społeczeństwo marginalizuje jednostkę i tworzy konsumpcyjny burdel w którym żyjemy- wtłaczając nam przy okazji światopogląd w którym "miłuj bliźniego swego" przejawia się w co drugim zdaniu.

Wiec jeśli normę ustala większość tworzona przez społeczeństwo i jednocześnie swoim postępowaniem doprowadza co wrażliwsze jednostki do szaleństwa to ta norma nienormalna jakaś... Czy może normą jest niewrażliwość na otaczającą nas obłudę i niesprawiedliwość (wiem, wiem, piszę z perspektywy moich zakrzywionych procesów poznawczych). Taka postawa niewątpliwie ułatwia przetrwanie. I na pewno nie doprowadzi jednostki do psychiatryka.

Brak komentarzy: