22 stycznia 2013

Lekcja

W świetle dwóch poprzednich postów można stwierdzić, że ich autorka jest istotą całkowicie pozbawiona sfery duchowej. Nic bardziej błędnego- mnie po prostu duchowość w wydaniu judeochrześcijańskim nie kręci. Poza tym nie wytrzymuje krytyki rozumu, nie jestem więc w stanie się z nią identyfikować.
Nie zmienia to faktu, że mimo wszystko jestem uduchowiona jak diabli, tyle, że trochę inaczej.
Po swojemu, indywidualnie. W końcu oświecenie jest doświadczeniem indywidualnym, drogę do niego trzeba przejść w pojedynkę- możesz co prawda znaleźć nauczyciela, ale tylko po to, by przedyskutować wnioski.
Prawda absolutna nie istnieje- trzeba znaleźć swoją własną, która pokaże nam nasze uniwersum takim, jakie naprawdę jest- dla nas. Życie jest lekcją do odrobienia- wszystko, co nas spotyka czegoś ma nas nauczyć, w końcu zawiąże się w węzeł zwany sensem życia- naszego. Jestem przekonana, że to wszystko ma cel- trzeba go jedynie spostrzec, dać się ponieść życiu, kochać, nienawidzić, po prostu być, iść swoją drogą, nawet jeśli jest krzyżowa- na pewno nas do czegoś doprowadzi- o ile będziemy sobie wierni.
Nie słuchać fałszywych proroków, bo i takich możemy spotkać, nie dać się omamić dobrom doczesnym.
Przyjmować nasz los z pokorą ale i z podniesiona głową- powszechnie wiadomo, że im trudniejsza lekcja tym więcej uczy- dlatego chwilami cieszę się, że życie kopie mnie po tyłku, gdyby nie to, pewnie zamiast tajemnic człowieczeństwa kontemplowałabym kolejny odcinek "M jak miłość".
Nie wiem, co stanie się ze mną po śmierci, nawet nad tym się nie zastanawiam, w końcu przyjdzie czas i przekonam się osobiście, co jest po drugiej stronie.
Dużo bardziej zastanawia mnie to, co mnie spotka jeszcze w życiu. Wiem, że na pewno będzie jeszcze ciekawie bo jak na razie moja lekcja jest co najmniej intrygująca. Tym bardziej, że coraz lepiej ją rozumiem.

Brak komentarzy: